Do pracy rodacy, czyli powrót na tory po poronieniu

Powroty do pracy po dłuższym L4 przeważnie są dość ciężkie. O ile cięższe są dla kobiety, która na L4 przebywała z powodu poronienia wie tylko kobieta, która takiego powrotu do pracy doświadczyła. Mi znalezienie sposobu na odpowiadanie na pewne pytania zajęło trzy dni. Co robić, gdy ludzkie reakcje sprawiają, że czujesz się zakłopotana, bo swoim poronieniem ich zakłopotałaś? Jak się zachować, gdy ktoś uporczywie ciągnie temat? Jak wrócić, gdy większość miała wiedzę o Twoim stanie błogosławionym, a tylko garstka o jego końcu?

Pół biedy, jeżeli o ciąży wiedzieli nieliczni. W moim przypadku niestety wieść rozeszła się  w zatrważającym tempie. Nie chciałam już pracować, ponieważ bardzo męczące było dla mnie jeżdżenie ponad 100 km dziennie, a poza tym pracę mam często stresującą, więc stwierdziłam, że odpuszczę. Zajmuję kierownicze stanowisko w instytucji, w której pracuje ponad 700 osób. Ludzie znają mnie z kontaktu bezpośredniego, ale również z maili, które wysyłam do wszystkich informując np. o zmianach w organizacji, najbliższych wydarzeniach itd. Łatwo było zauważyć, że kto inny wykonuje moje obowiązki. O ciąży osobiście nie informowałam nikogo oprócz paru bliskich koleżanek z pracy i szefa, a później pracowników z mojego wydziału.  Gdy dyrektor na zebraniu kierowników powiedział, że od tej pory moje stanowisko będzie zajmować inna osoba, jedna część firmy założyła, że mnie zwolnił, a druga po uśmiechniętej minie przy ogłaszaniu domyśliła się, że to chyba jednak ciąża. Idąc na zwolnienie zakładałam, że trochę mnie nie będzie. Pożegnałam się, trochę popłakałam, że będę tęsknić, a później udałam się do domu, by cieszyć się prawidłowo rozwijającą się ciążą.

Kiedy okazało się, że straciłam dziecko, zadzwoniłam do koleżanki, która mnie zastępowała. Poprosiłam ją, żeby powiedziała szefowi, że jednak niedługo wrócę, ale żeby pozostałym jeszcze nic nie mówić. Nie byłam gotowa na te wszystkie telefony, smsy i pytania. Później stopniowo informowałam swoich pracowników o tym, co się stało. Mam w wydziale praktycznie samych młodych ludzi, część z nich, to rodzice. Spotkałam się naprawdę z samymi życzliwymi reakcjami. Ale to tylko mój wydział. Poinformowanie 17 osób jest niczym w konfrontacji z 700.

I tak oto w poprzedni poniedziałek, po dwóch miesiącach przerwy wróciłam do pracy. Na zwolnienie ciążowe poszłam zaraz po Wielkanocy. Naprawdę nie wiem, kiedy minął ten czas. Tyle się wydarzyło. Dla mnie zmieniło się wszystko. Jednak dla większości ludzi z pracy nadal byłam w ciąży. Dla niektórych zapewne nadal jestem. W przeciągu trzech ostatnich dni odpowiedziałam na tyle bolących pytań, że nawet nie jestem w stanie ich wszystkich opisać.

Dzień pierwszy. Parkuję. Na parkingu spotykam ekipę informatyków. Witam się pospiesznie i uciekam, zanim zaczną szukać brzucha. Wchodzę po schodach, chcę jak najszybciej dotrzeć do swojego biura. Już na portierni uśmiechnięty pan wita się ze mną słowami: „Oooo, pani Ania, co pani tutaj robi?” W odpowiedzi posłałam mu jedynie uśmiech i proszę o klucze. Idę dalej. Schody. Dosłownie i w przenośni. Spotykam na nich kolejną osobę witającą mnie uśmiechem i pytającą „A co ty tutaj?” „Pracuję” – odpowiadam, też z uśmiechem. Przykleiłam sobie tego banana już w samochodzie i postanowiłam, że do końca dnia go nie zdejmę. Wchodzę do biura, wita mnie koleżanka, która mnie zastępowała. Przy niej mogę odkleić z twarzy męczącego banana, więc odklejam. Łzy w oczach, trzy szybkie oddechy. Wiedziałam, że będzie mi ciężko, ale nie wiedziałam, że aż tak. Idę po kartę przejazdową do transportu. Pani, która wydaje mi kartę pyta „Wszystko w porządku pani Aniu? Chyba nie bardzo, co?” Świetne pytanie. No faktycznie, nie bardzo. Ale ok, nie pyta złośliwie. „Proszę się nie przejmować, młoda jest pani, jeszcze pani będzie miała dzieci.” To też nie było złośliwe, ale pocieszające tym bardziej. Tak, jestem młoda, mam 28 lat i wiem, że są ludzie w gorszej sytuacji. Ale to nie sprawi, że mniej odczuję stratę. Pani wytrwale ciągnie temat. „Naprawdę, proszę się nie przejmować”. Z oczu bezwolnie poleciały mi łzy. „Przepraszam, pani Aniu, nie chciałam. Ale głupia baba ze mnie, po co ja pytałam? Przepraszam, nie chciałam”. „Nie szkodzi” – odpowiadam- „Nic złego nie miała pani na myśli, jednak proszę też mnie zrozumieć, dlaczego tak reaguję.” Koniec rozmowy. Bilans po pierwszym starciu: parę łez, jedna zakłopotana pytająca, jedna zakłopotana ja. Idę do kadr, witam się z koleżanką. Na szczęście tam wszyscy wiedzą, że ja już w pojedynkę, więc jest dobrze. Nagle przychodzi dziewczyna, z którą przez cztery lata pracy rozmawiałam może z cztery razy. Jak widać o ciąży wiedziała, bo uśmiechnięta pyta, jak się czuję. „Dziękuję, dobrze” – odpowiadam standardowo. Ogólnie postanowiłam, że na pytanie o samopoczucie zawsze będę odpowiadała w angielskim stylu, że dobrze, z nadzieją, że rozmówca nie będzie ciągnął tematu. Ta akurat pani niestety nie należy do tych, którym ta odpowiedź wystarcza. „A widać już coś?” – pyta i pokazuje na brzuch. „Nie, nie widać, bo poroniłam i już jestem w pracy na stałe”. Cisza. No tak, bo niby co na to miała powiedzieć. A jednak się decyduje. „Ojej, ale gafa, no nie, ale gafa, jaka gafa”. Nie nazwałabym tego gafą. Skąd mogła wiedzieć? Gafą było jednak to, co zaczęła wygadywać później. „Nie wiedziałam, przepraszam, bo wiesz, w ciąży byłaś, zdrowa jesteś, widzę cię, wyglądasz normalnie, no to pytam. Ale co? Jak to się stało? Podnosiłaś coś ciężkiego, czy co?” Tak, podnosiłam, stukilogramowego słonia, rekreacyjnie, dla poprawienia kondycji w ciąży. Oprócz tego, by nie stracić figury, wyczynowo jeździłam na rowerze, chodziłam na ściankę wspinaczkową, a wieczorami z zamiłowania chodziłam po suficie. Warto również nadmienić, że kobieta po poronieniu wygląda raczej normalnie. Nie świecimy w ciemnościach i nie wyrastają nam dodatkowe części ciała. „Nie, nie podnosiłam, po prostu poroniłam, to się zdarza”. Po jeszcze kilku dodatkowych „przepraszam”, dziewczyna powoli zaczęła wycofywać się za drzwi. Poszła, ufff. Plus jest taki, że udało mi się w końcu poinformować kogoś o poronieniu bez łez w oczach, spokojnie, tak jak planowałam. Wracam na piętro. Spotykam kierownika IT. „Dzień dobry. Moglibyście podpiąć mi z powrotem sprzęt? Bo nie mam jak pracować, a chciałam dzisiaj zrobić parę rzeczy” – zagaduję. „Aaaa dzień dobry. To jednak zdecydowała się pani dojeżdżać w ciąży?” – słyszę w odpowiedzi. „Ja już nie jestem w ciąży, straciłam ją, także wróciłam już na razie na stałe”. Pan kierownik patrzy na mnie przez chwilę. „Bardzo mi przykro, współczuję. Nie ma problemu, zaraz podeślę któregoś z chłopaków, to wszystko pani popodpina.” No, taka reakcja jest chyba najlepsza. Mężczyzna nie był zakłopotany, nie było też w jego reakcji tej nerwowości, którą widziałam u wcześniejszych zagadujących. Reakcja w stu procentach naturalna i prawidłowa. Wracam w końcu do swojego biura, siadam. Cisza. Telefon nie dzwoni. Poprosiłam sekretarkę dyrektora, żeby z powrotem dodała mnie do stałej listy mailingowej. Wracam do pracy, chcę, żeby było jak wcześniej. Usiadłam przy biurku, popatrzyłam w okno. Ostatni raz siedziałam tu jeszcze w ciąży myśląc, że będę tęsknić za tym pokojem w czasie zwolnienia. Los nie dał mi jednak tęsknić za bardzo. Telefon milczy, nikt nie przychodzi, nic nie chce. Tak naprawdę czułam się, jakbym właśnie przechodziła pierwszy dzień w nowej pracy. Dwa miesiące nieobecności na moim stanowisku to szmat czasu. Nie jestem zaznajomiona z bieżącymi problemami, zdecydowana większość osób w ogóle nie wie, że jestem w pracy, więc nie dzwoni, mam spore zaległości. Ale spokojnie, nadrobię, jak tylko ludzie przestaną pytać, i dadzą mi normalnie pracować. Pod koniec dnia udaje mi się dostać do szefa. Szef pyta jak się czuję, czy wszystko ok i rzuca parę problemów, z którymi właśnie się borykamy. „Umówię się do ciebie na jutro ok? Bo chciałam porozmawiać” – no i się umawiam. Dzień dobiega końca. Nareszcie! Chcę iść do domu i przygotować się na jutro. Informacja o poronieniu powoli zacznie krążyć po korytarzach i zamiast uśmiechniętych twarzy, zapewne będą mnie widać spuszczone głowy i zmieszane spojrzenia. Zobaczymy.

Dzień drugi. Spotkanie u szefa. „Właściwie to chciałam porozmawiać, bo chciałabym być wobec was uczciwa tak, jak wy jesteście wobec mnie.” – zaczynam. „Zdaję sobie sprawę, jakie zajmuję stanowisko, i że każda moja nieobecność wiąże się dla ciebie z przeorganizowaniem pracy, więc zrozumiem, jeżeli masz wobec mnie jakieś inne plany. Nie chciałabym, żeby moje życie osobiste rzutowało na twoją pracę, a nie będę ukrywać, że nadal chcę zajść w ciążę, tylko nie wiem, czy uda mi się to za miesiąc, czy za dwa lata.” Dobra, powiedziałam to, sporo myślałam, jak to powiedzieć, i udało mi się to niemalże na jednym wdechu. „Jestem gotowa do pracy, nic mnie nie rozprasza, mogę wykonywać swoje obowiązki tak, jak do tej pory, jednak zrozumiem, jeżeli w związku z moją sytuacją podejmiesz jakieś decyzje”. Szef nie wygląda na zdziwionego. W odpowiedzi słyszę, że mam się nie przejmować  i pracować. Praca w moim wydziale zorganizowana jest tak, że w razie kolejnego zwolnienia każdy wie, co ma robić. Czyli wszystko jest dobrze. Wychodzę z gabinetu dyrektora i spotykam panią, która zawsze dla wszystkich jest uprzejma i przyjazna. Lepiej trafić nie mogłam. „Pani Ania! Jak miło panią widzieć! Jak się pani czuje?” Pada moja standardowa angielska odpowiedź. „Ale jak pani jest w pracy, to znaczy, że dzidziuś jest zdrowy?” No tak, można by tak pomyśleć. „Nie, wróciłam, bo poroniłam. Jestem już na stałe, także jeżeli czegoś pani potrzebuje, to zapraszam” – odpowiadam z pełnym spokojem. W oczach kobiety pojawia się coś jakby przerażenie. „Ojeju, przepraszam. Co za gafa” – hmmm, co oni mają z tą gafą? „Ja nie wiedziałam, przepraszam. ” Potem następuje krótka wymiana zdań na zasadzie „Przepraszam”, „Nie szkodzi”, „Przepraszam”, „Nie szkodzi”, „Ale ja naprawdę przepraszam”, „Ale naprawdę nic się nie stało, proszę się nie przejmować”, „Ale ja przepraszam, nie wiedziałam”, „No właśnie, bo skąd pani mogła wiedzieć, nic się nie stało, naprawdę”. No i później punkt kulminacyjny – „No bo wie pani, Asia też wróciła do pracy, a tak samo poszła na zwolnienie w ciąży jak pani, no ale z jej dzieckiem wszystko ok. I z dzieckiem Iwonki też. A Kasia to już nawet urodziła. Ja nie wiedziałam, że z pani nie jest dobrze, ja przepraszam”. Na szczęście pani w końcu zdołała sprawdzić, jak wyglądają drzwi z drugiej strony. Sekretarka patrzy na mnie pytająco. „Wszystko w porządku, już się chyba przyzwyczaiłam, że ludzie różnie reagują” – mówię. No bo przecież nikt nigdy im nie powiedział, jak powinni się zachowywać w takich sytuacjach. Dlaczego jednak po otrzymaniu informacji nie potrafią zakończyć na zwykłym „przykro mi” ?

Dzień trzeci. Zebranie kierowników terenowych. Przy stole siedzi pięciu mężczyzn i ja. Czekamy na dyrektora. Jeden z kierowników to mój kolega. Siedzi obok mnie. „Wróciłaś do pracy? Do kiedy” – pyta. „Już niestety na stałe” – odpowiadam. „Och, rozumiem, przykro mi.” Zajarzył, całe szczęście nie musiałam mu tego tutaj tłumaczyć. No ale nie mogło być aż tak pięknie. To dopiero trzeci dzień, dajmy ludziom szansę. Na drugim końcu stołu siedzi uśmiechnięty pan. Kiedy doczekał się w końcu kontaktu wzrokowego z moją osobą, entuzjastycznie krzyknął przez cały gabinet: „Pani Ania! Jest pani w pracy! Jak się pani czuje?” „Dziękuję, dobrze” – odpowiadam mechanicznie. „Ale jeżeli pani jest w pracy, to znaczy, że wszystko w porządku?” No, zaczyna się. „Nie jest w porządku, ale dziękuję. Jestem już w pracy, więc jeżeli czegoś pan potrzebuje, to pozostaję do dyspozycji.” Chyba nie dało się na to uprzejmiej odpowiedzieć, prawda? „Nie, nie, ja pytam o dziecko pani Aniu. Jak już pani jest, to znaczy, że lekarz pracować pozwolił?” „Nie, nie jest w porządku, ale dziękuję”. W tym momencie rozmowie przyglądali się już wszyscy zgromadzeni, zwłaszcza, że pan pytający siedział naprawdę daleko ode mnie. Niech szlag trafi te długie stoły konferencyjne. „Ale ja o ciążę pytałem.” Tak, już teraz wszyscy patrzą z zacikawieniem. „Wiem, o co pan pytał. Ja straciłam tę ciążę, dlatego jestem w pracy”. W tym momecie zainteresowanie tematem jakby osłabło. Z wszystkich patrzących we mnie został tylko ten właśnie pytający pan, reszta patrzyła już w blat stołu. „Aaaa, rozumiem, to przepraszam, nie wiedziałem. To w takim razie musimy porozmawiać na osobności. Bo wie pani” – ściasza głos – „Ja też nie mogę mieć dzieci”. Na to nie byłam przygotowana. Odpowiadam prawie odruchowo – „Ale ja mogę mieć dzieci. To znaczy, przykro mi, że pan nie może, ale ja mogę”. Cisza. W trzecim dniu udało mi się spowodować totalną ciszę w pomieszczeniu pełnym zniecierpliwionych kierowników. A wszyscy wiemy, że kierownicy wybitnie lubią mówić, bo przecież są tacy mądrzy i tak dużo rzeczy chcą wszystkim przekazać. Jakoś nikt nie kwapił się do dalszej konweracji. Po skończonym dniu wracam do domu. Całe szczęście, że akurat wypada długi weekend. W piątek praktycznie nikogo nie będzie w pracy, więc nie będę musiała przechodzić przez kolejne etapy informowania. Swoją drogą, jak to możliwe, że taka informacja nie dotarła przez trzy dni do wszystkich w tak plotkarskiej firmie? To naprawdę jakiś cud. Może już pierwszego dnia powinnam udać się do pań z księgowości i im oświadczyć, że straciłam dziecko. One są zawsze niezawodne, działają lepiej niż mail i radiowęzeł razem wzięte. Mój błąd. Oszczędziłoby mi to wiele kłopotu.

Pierwsze dni po powrocie do pracy mam już za sobą. Jak widać przeżyłam, większych ran nie odniosłam. Przez te trzy dni nauczyłam się już, żeby nie mówić „poroniłam”. To działa na ludzi w dziwny sposób. Boją się, zatykają usta w przerażeniu, uciekają, albo po prostu gadają głupoty. Lepsze reakcje pojawiają się na „straciłam ciążę”. Może wynika to z tego, że rozmówca nie do końca wtedy wie, co się tak naprawdę stało. Ciężko jest odpowiadać na te wszystkie pytania, szczególnie że najczęściej zadają je obcy ludzie, z którymi łączy mnie tylko to, że podpisaliśmy umowę z tym samym pracodawcą. Cieszę się, że już pracuję, ale jednocześnie uważam, że dobrze, że dałam sobie czas. Teraz jestem w stanie już właściwie wykonywać swoje obowiązki. Zaczynam żyć jak przed ciążą. Muszę wpaść w ten rytm. Na spotkaniu, na którym jedna z koleżanek nie potrafiła znaleźć wyjścia z sytuacji, szybko powiedziałam, co należy zrobić i jak poprowadzić sprawę, żeby było dobrze. „Ooo, widzę że Ania już wróciła na odpowiednie tory. Witamy z powrotem.” – powiedziała zaprzyjaźniona prawniczka. Miło usłyszeć coś takiego. Tak, po totalnym wykolejeniu jestem znów na torach, jadę dalej. Po poniesionej stracie wracam do gry. Postanowiłam trzymać głowę w górze. Pracuję. Po tych trzech dniach stwierdzam, że większość ludzi zachowuje się normalnie. Oczywiście w pierwszym kontakcie, jeżeli nie wiedzą jeszcze, co się stało, pytają o ciążę, jednak gdy już wiedzą, nie lamentują i nie zasypują mnie dziwnymi pytaniami. To naturalne, że pytają, też bym może i zapytała. Niektórzy przypatrują się, szukają brzucha, który na tym etapie mógłby już być widoczny. Swoją drogą, muszę poćwiczyć nad sylwetką, bo niektórzy patrząc na moją wypukłość brzuszną chyba nie dowierzają przekazywanej przeze mnie informacji. Na pewno odpowiem jeszcze pary razy na krępujące i bolące pytania, ale jest to do zniesienia. Trzeba wymyślić sobie jedną lub dwie odpowiedzi i wytrwale się ich trzymać. Odpowiadam zawsze uprzejmie, spokojnie. Nie złoszczę się. Nie mam jednak zamiaru więcej przepraszać, że swoim poronieniem wprawiłam kogoś w zakłopotoanie. Ale o tym, to może już w następnym poście…

20 comments on “Do pracy rodacy, czyli powrót na tory po poronieniu
  1. Wiem, że odgrzebuje tematy sprzed dwóch lat. Ale właśnie znaleźliśmy się w tej sytuacji. W Wigilię poinformowaliśmy Rodziców, że będą Dziadkami a trzy dni późńiej lekarz powiedział te trzy słowa : „nie jest dobrze”. A później poszło wszystko bardzo szybko. W związku z dodatkowymi problemami zdrowotnymi musiałam przyjść na zabieg. W Sylwestra było już po wszystkim :( Powinnam wrócić do pracy, w której wie tylko Szefowa, bo nikomu nie zdązyliśmy powiedzieć, ale nie wiem co robić. Nie wiem czy chce, czy już dam radę. A z drugiej strony, nie chcę przeciągać tego zwolnienia…

    • Przykro mi, naprawdę. U mnie od poronienia minęły już prawie 3 lata, jednak gdzieś tam nadal to siedzi w środku. Wiesz co ja się strasznie bałam powrotu do pracy, odczekałam parę tygodni i wróciła, chociaż nie wiem, czy byłam gotowa. Pamiętam, że rozpłakałam się, kiedy weszłam do swojego biura, bo przecież miało być inaczej i miało mnie tam nie być. Koniec końców powrót do pracy wyszedł mi na dobre, bo faktycznie zajęłam czymś głowę. Jeżeli bardzo nie czujesz się na siłach, to jeszcze poczkeaj, czasem to kwestia paru dni , czasem tygodnia. Ważne, żeby się nie zmuszać ani do pracy, ani do siedzenia w domu. Trzymam za Ciebie kciuki, żebyś szybko poczuła się lepiej

  2. komentuję post sprzed 2 lat, ale to dzięki niemu trafiłam na Pani bloga. Wiem, że teraz już zupełnie inne problemy zaprzątają Pani głowę, ale ja właśnie w niedzielę wieczorem w bezsilności i strachu wpisałam w wyszukiwarkę „powrót do pracy po poronieniu” i znalazłam się tutaj. I bardzo mi ta Pani opowieść pomogła. U nas świeża sprawa. Pierwsza ciąża, czekaliśmy z mężem do końca magicznego pierwszego trymestru, żeby poinformować garstkę najbliższych osób. W pracy kilka osób wiedziało wcześniej, ale wieść rozeszła się dopiero po tym, jak od ginekologa w 10tyg usłyszałam: dzidziuś fika. Z przyczyn zawodowych musiałam poinformować szefa i kolegów z „działu”, bo pracuję „w narażeniu”, więc musieli wiedzieć. W 12 tyg, kilka dni po otrzymaniu wielu gratulacji, poszliśmy z mężem na tzw USG genetyczne i usłyszeliśmy wyrok: dziecko jest chore. Mój ginekolog był bardzo zachowawczy w wyrokach, kazał przyjść za tydzień, żeby porozmawiać o planach na przyszłość. Pewnie już wtedy nie dawał „nam” szans, ale przemilczał sprawę. Przeczesałam internet, dane były pocieszające, dzieci się rodzą, są operowane, żyją. Oczywiście miałam w głowie wszystkie najgorsze powikłania operacji, ale żyłam nadzieją. Na kontrolnej wizycie dowiedziałam się, że serduszko już nie bije. Nasz świat zawalił się po raz drugi. Najpierw tydzień żyliśmy z przeświadczeniem, że będziemy mieć chore dziecko. Teraz żyjemy z myślą, że nigdy naszego dziecka nie przytulimy. Po dwóch tygodniach postanowiłam wrócić do pracy. Uznałam, że kiedyś i tak to nastąpi, a odwlekanie nie przynosi mi już zupełnie nic. No ale na wieczór przed powrotem spanikowałam. Wyłam w poduszkę, zaczęłam przeczesywać internet i tak znalazłam się tu. Mój pierwszy dzień w pracy już za mną. Moi współpracownicy przyjęli taktykę zmowy milczenia. Tak chyba lepiej, bo rozmowy są ciężkie. Jeden tylko kolega powiedział, że mu bardzo przykro, a mi wtedy zaszkliły się oczy. Przede mną na pewno jeszcze kilka spotkań z niedoinformowanymi. Ale po przeczytaniu Pani posta czuję się silniejsza. Wiem, jak bardzo to powszechny problem. Ale niewiele się o tym mówi. Bardzo się cieszę, że u Was już szczęscie w podwójnej dawce. To też daje nadzieję.
    Przepraszam, za przydługi komentarz, ale chyba potrzebowałam podzielić się naszą historią. Pozdrawiam

    • Mimo, że teraz faktycznie jestem już na innym etapie, doskonale pamiętam kije pierwsze dni po powrocie do pracy po poronieniu. Oczy szklily mi się niejednokrotnie, bo to świeże rany i ciężko było nie zaszlochać, kiedy ktoś o tym mówił. Życzę dużo siły. Ki powrót do pracy bardzo pomógł, zajął głowę i kto wie, może gdybym zdecydowała dłużej siedzieć w domu i myśleć, nie byłoby ze mną dzisiaj Dawida… Pozdrawiam serdecznie!

  3. By the way, cudowny blog Aniu!
    Coś czuję że mi bardzo pomoże. Dziękuję za Twoje lekkie pióro. Jesteś taką osobą z którą można tak po prostu pogadać i pójść na kawę.

    • Dziękuję. Przykro mi, że Cię to spotkało. To bardzo świeża rana, więc boli bardzo, jednak mam nadzieję, że uda Ci się szybko dojść do siebie. Masz rację, ja też nie myślę o straconym dziecku jako o płodzie, bo to było moje dziecko i na zawsze już pozostanie w mojej pamięci i sercu. Życzę dużo siły i tego, żeby kiedy będziesz już gotowa, przyszedł do Ciebie taki cud, jaki przyszedł do mnie i jaki przeżywam teraz. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Znam siebie i wiem że czas jest i będzie najlepszym lekarstwem. Spróbujemy znowu i znowu będziemy szczęśliwi. Tobie też życzę przede wszystkim dużo zdrowia i uważaj na siebie. Pozdrawiam Cię!

  4. Witajcie!
    Kiedy zrobiłam test i okazało się że jestem w ciąży a było to 29 września moja radość przeplatała się z lękiem czy wszystko będzie dobrze. Mam niedoczynność tarczycy i Hashimoto i trochę nam zajęło zajście w upragnioną ciąże, mam wrażenie że podczas starań pojawił się nawet początek depresji więc rozpoczęłam wizyty u psychologa. A jak marzenie się spełniło od razu poleciałam do mojej endo, która od razu zwiększyła mi dawkę leku. Hormony wróciły do normy a ja czułam się świetnie. Brzuszek rósł i bardzo szybko kupiłam pierwsze spodnie ciążowe. Piersi bolały i rosły, miałam napady głodu i czułam się z mężem szczęśliwa. Ta magia oczekiwania, ten cud który się rozwijał i jak zobaczyliśmy malucha na USG to jest już taka więź i masz ochotę biegać po ulicy i każdemu mówić jak bardzo jesteś szczęśliwa. Zbierałam się aby w 12tygoniu powiedzieć moim szefom. Niestety 11.11.2015 czyli w zeszłą środę dostałam krwawienia. Pojechaliśmy do szpitala w Piasecznie i to zdanie lekarzy: nie słyszę serca. Wpadłam w spazmy. Od razu przyjęli mnie na oddział gdzie personel otoczył mnie niesamowitą opieką i wsparciem. Gdyby nie rozmowy z położną, ordynatorem to mój mąż zbierałby mnie z podłogi. Ja wiem, że z medycznego punktu widzenia matka natura podjęła najlepszą decyzję. Maluch (jakoś słowo „płód” nie może mi przejść przez gardło) źle się rozwijał, mój organizm go zmierzył, zważył i stwierdzić że coś jest jednak nie tak. A przecież dziecko musi być zdrowe bo tak bardzo go pragniemy. Więc postąpił słusznie. Ale jednak umarło marzenie, które się nam spełniło. Na które tak czekaliśmy, którego tak pragnęłam. Prysła ta magia oczekiwania, ten stan w którym byłam i w którym poczułam się już MAMĄ. Zanim zaszłam w ciążę, też czytałam że co 5 ciąża do 11 tygodnia kończy się poronieniem i też byłam taka mądra, że przecież to tylko „embrion”, że nie można się związywać od samego początku, bo później jest dramat. Ale kiedy już to poczułam, marzenia się spełniło to nie byłam w stanie po prostu tej więzi nie poczuć. Dla mnie to nie była fasola, czy płód to było nasze DZIECKO. I ten żal i tęsknota jest tak ogromna że współczuję teraz każdej kobiecie która tego doświadczyła. Bo umiera właśnie to marzenie, ta magia. Czuję się tak jakbym dostała w łeb i została wytrącona z orbity, z tych właśnie torów na które trzeba znowu wrócić. Mąż jest moim największym wsparciem, prawdziwym przyjacielem który mnie wspiera ale jednak ja muszę się wyryczeć bo chce mi się wyć i walić pięściami na oślep. Bo się nie udało. Do pracy chcę wrócić 7 grudnia. I do tego czasu chcę sobie wszystko poukładać. Boję się powrotu do pracy, ale pracuję ze wspaniałymi ludźmi, którzy na pewno się ze mną na nowo odnajdą. Przesyłam wyrazy najgłębszego współczucia wszystkim Wam.

  5. Bliżej o sobie: straciłam ciążę w 17 tyg., dwa i pół miecha temu. W sumie nie wiadomo z jakiej przyczyny, lekarz sugerował, że maluszek mógł mieć chore serduszko. Miałam też przeziębienia, chore zatoki. Mamy zielone światło co do starania się.
    Gdy dowiedziałam się o ciąży, poprosiłam moją szefową oraz moje koleżanki z pracy o to, żeby nie dzieliły się tą wiadomością z nikim innym. Już wyjaśniam dlaczego: pracuję jako nauczyciel przedszkolny, mam kontakt z ogromna ilością rodziców. Potrzebowałam tej dyskrecji, aby w razie niepowodzenia uniknąć trudnych rozmów, pytań. Jedna z koleżanek miała w d…moją prośbę. Powiedziała jednej z mam o mojej ciąży, a kiedy już byłam po poronieniu owa mamuśka przyszła mi pogratulować. Boże, myślałam, że zejdę po tym, jak mi pogratulowała. To było raptem dwa tyg. po tym wydarzeniu. Tak bardzo zabolało. Poza tym powrót do pracy przebiegł całkiem pozytywnie. Koleżanki i szefowa dobrze mnie przyjęły, podeszły ze zrozumieniem. (Ta co się wychlapała jakoś dziwnie się zachowywała i mnie unikała). Moje przedszkolaki również mnie ładnie przyjęły, jak zwykle się do mnie kleiły. (Na widok małym dzieci gęba sama się uśmiecha ).
    Niestety moi teściowi również rozpuścili w rodzinie wiadomość o mojej ciąży. Choć mój mąż prosił o dyskrecję. Teraz się rodzina wypytuje a ja nie mam chęci im odpowiadać o czymkolwiek. Nie dzieliłam się z nimi tymi wieściami. Straciłam zaufanie. Czy tak trudno uszanować czyjąś prośbę…? Moim dodatkowym problemem jest to, że jestem introwertykiem i mam problem z mówieniem o sobie, dzieleniem się tym co się u mnie dzieje. Tak na sto procent to mogę się uzewnętrzniać przed moim mężem i trzema kobietkami, którym ufam.
    Podoba mi się Twój blog, różni się od for internetowych dot. poronienia. Pomimo trudnej tematyki, jest taki, hmmm „lekki”. Wyłapuję w nim nadzieję, pozytywy. Poza tym piszesz ładnie, nie bolą oczy od błędów, etc. Wchodziłam na różne fora, ale dostawałam doła, gdy je czytałam.
    Po poronieniu myślałam, że „zdechnę”, ale teraz jestem już pogodzona, że maluszka nie ma, wróciłam do etapu sprzed, czyli do pragnienia, aby pojawiły się dwie kreski. Mąż się spisał, wspierał, sprawdził się i w tym całym nieszczęściu starałam się pamiętać, że jest on. Ten, który starał się być mocny dla mnie, ale nie zapominając o tym, że też cierpi. Wiem, że każda ewentualna ciąża już nie będzie taka jak pierwsza, ale mam nadzieję, że będziemy mieć malucha i będziemy cieszyć się ciążą.
    Życzę każdej kobiecie, aby szczęśliwie donosiły ciąże, żeby nie musiały tego czuć co my. Przepraszam, że taki długi wpis, ale chciałam się podzielić.

    • Ja tez wciskam przydlugie komentarze ale Ania mnie na razie nie wyprasza wiec sobie dalej pozwalam ;-). Staram sie swiecic dobrym przykladem bo mam 2 aniolki i 2 synkow. Ciaze po 1 poronieniu lekarze staraja sie traktowac zupelnie normalnie dopiero kolejne wzbudzaja jakies dzialania prewencyjne.
      Co do peplania to mielismy w pracy jedna kierowniczke ktora nie potrafila utrzymac jezyka za zebami nawet w stosunku do dziewczyny ktora wczesniej juz ciaze stracila i dzieki owej kierowniczce cala hala byla zarowno o jej pierwszej jak i drugiej ciazy poinformowana. A bezposredniemu przelozonemu musialy dziewczyny powiedziec zeby moc troche na siebie uwazac. Na szczescie kolezanka siedzi teraz na wychowawczym wiec kierowniczce za drugim podejsciem sie upieklo.

    • Dziękuję za miłą opinię o blogu. Nie muszę chyba pisać, że mi przykro, że musiałaś przez to przejść. Teraz, kiedy sama tego doświadczyłam, tak naprawdę rozumiem, jakie to straszne. Ja jeszcze nie jestem gotowa na 2 kreski, ale idzie mi coraz lepiej:) Mój D. mówi, że mam sobie nie nakreślać ram czasowych, tylko po prostu powiedzieć, kiedy poczuję, że to już. Na szczęście z natury jestem optymistką, więc zakładam (a przynajmniej się staram), że następna ciąża już będzie szczęśliwa. I tego sobie, Tobie i wszystkim kobietom życzę, bo to naprawdę nikogo nie powinno spotykać. Pozdrawiam

  6. Kochane Dziewczyny doskonale rozumiem co czujecie, przez co przechodzicie.Trzy tygodnie temu podczas badania usģ w 21 tygodniu ciazy uslyszalam, ze serduszko mojej fasolki nie bije. W momencie swiat mi runal, myslalam ze umarlam, ze serce mi peklo.Idac na badanie bylam szczesliwa, glaskalam brzuszek, mowilam do malenstwa i zastanawialam sie czy bedzie widac plec maluszka. Po wyjsciu z gabinetu mialam ochote umrzec. Zreszta do dzis mam takie momenty. Nie mialam zadnych objawow, ciaza przebiegala lagodnie, bez zadnych dolegliwosci,wyniki super. Nic nie wskazywalo na taka tragedie. Na szczescie trafilam na cudowne osoby w szpitalu-lekarzy,pielegniarki,psychologia.Bardzo empatyczni,wyrozumiali. Nikt mi nie wmawial, ze nic sie nie stalo,ze bede miala jeszcze dzieci. W duzej mierze dzieki ich postawie udalo mi sie przezyc porod martwego dziecka. Oczywiscie najwieksze wsparcie mam w mezu i najblizszej rodzinie. Robia co moga aby mnie podniesc na duchu, ale tak naprawde chyba tylko my-mamy aniolkow-rozumiemy jak trudne jest to przezycie. W takich momentach czlowiek moze sie przekonac na kogo tak naprawde moze liczyc, kto jest w stanie rzucic wszystko i byc, trzymac za reke, wspierac. Tylko dzieki bliskim osobom nie zwariowalam. To milosc do meza sprawia,ze wstaje z lozka, zbieram sie w calosc i probuje normalnie funkcjonowac, mimo ze tak naprawde mam ochote lezec w lozku i wyc, bo to nie jest zwykly placz. Zaraz po wyjsciu ze szpitala zarzekalam sie-zadnych dzieci. Teraz zaczynam myslec o dziecku, ale przeraza mnie swiadomosc, ze sytuacja moze sie powtorzyc. Tym bardziej, ze najprawdopodobniej moj maluszek zaplatal sie w pepowine, a na to niestety nie mozna nic poradzic. Konczy mi sie l4, ale potrzebuje jeszcze czasu na powrot do siebie. Boje sie jak to bedzie w pracy.S poro ludzi wiedzialo, ze jestem w ciazy, bo brzuszek byl juz widoczny. Nie wiem czy bede w stanie spokojnie reagowac na pytania o dziecko. A tak jak pisalas Aniu wscibskich osob nie brakuje. Czas pokaze. Dziekuje Ci Aniu za to co piszesz. Bardzo mi pomagaja wpisy Twoje i innych Dziewczyn. Mam wielka nadzieje, ze juz niedlugo bedziemy mogly wymieniac sie na Twoim bloģu pozytywnymi doswiadczeniami z okresu ciazy i macierzynstwa. Bliska osoba powiedziala mi niedawno, ze „dzieci nie umieraja, tylko zmieniaja date przyjscia na swiat”. Ktos moze uznac to za banal. Ja w to mocno wierze i licze na to,ze nasza ukochana fasolka wkrotce zawita do nas. Pozdrawiam goraco. Musi byc dobrze!!!

    • Bardzo mi przykro :( To okrutne, że kobiety tracą dzieci i nie można nic zrobić, by je uratować. Żeby to chociaż jak już tak się musi dziać, wyznacznikiem były te 3 pierwsze miesiące. Przejdziesz to, to jesteś już spokojna. A tu nie, tragedia może przyjść w każdym momencie. Masakra. Ja na szczęście mam już za sobą pierwszy tydzień w pracy. Mam nadzieję, że już od poniedziałku wszystko wróci do normy. Trzymam za Ciebie kciuki, jednak jak nie jesteś jeszcze gotowa, to przedłużaj zwolnienie. Ja wróciłam do pracy dopiero jak zobaczyłam, że znowu zaczynam o niej myśleć. Wcześniej nie chciałam. Na szczęście miałam taką możliwość. Nie żałuję. Gdybym jeszcze 2 tygodnie miała odpowiadać na te wszystkie pytania, mogłoby iść mi to zdecydowanie gorzej. Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki.

  7. Ja do pracy zwolnienie zaniosłam w 29 tygodniu. Wszyscy mówili jak będą tęsknić i żebym szybko wracała. W 30 tygodniu mój synek zmarł. Moja kierowniczka nie zdążyła zanieść do zus-u mojego L4, jak dostała wiadomość, że idę na „macierzyński”… z powodu śmierci dziecka. Do pracy mam wrócić w lipcu, czyli w miesiącu kiedy synek miał się urodzić i naprawdę tego sobie nie wyobrażam….
    Reakcje ludzi : „młoda pani jest, będzie miała pani dziecko” to chyba standard- tylko, że ja MAM dziecko, ale niestety w Niebie. „Gdzie brzuszek?” „…dźwignęła coś pani?”, spuszczone głowy, wpatrywanie w brzuch, który miesiąc temu był naprawdę duży a teraz nie ma go w ogóle…też to znam.
    Z mężem zastanawiałam się nad odpowiedzią na pytanie co słychać, jak się czuje, bo naprawdę warto przemyśleć co będzie sie odpowiadać, „OK” odpada, bo nie jest ok, „po staremu” tez odpada, bo przecież mój świat przewrócił się do góry nogami, ustaliliśmy „jakoś leci” i tego będę się trzymała….
    Zaskoczyło mnie też o ilu stratach dowiedzieliśmy się z mężem kiedy mówiliśmy o naszej. Ludzie borykający się z taka samą stratą są czasami w bliskim otoczeniu tylko nie zawsze o tym wiemy….
    Jeszcze jedna sprawa- dlaczego nasz przeboski ustawodawca znęca się nad matkami i nazywa zwolnienie po śmierci dziecka „macierzyńskim” zamiast „żałobnym”, albo coś w tym stylu? Tak, jestem matką, ale ten urlop jest mi potrzebny żeby wyjść z szoku, dojść fizycznie do siebie (bo psychicznie 2 miesiące na pewno nie wystarczą, a ból nawet po latach będzie taki sam, tylko podobno będzie łatwiej o tym mówić, ale to jeszcze przede mną), przejść połóg, zakończyć laktacje, która dla mnie była psychicznie nie do zniesienia itd! Nazywanie tego urlopu „macierzyńskim” to kpina!

    • Mieć jedną odpowiedź na te pytania to naprawdę dobry pomysł. Moje „Dobrze” na „Jak się pani czuje” nie do końca zdało egzamin, bo ludzie dopytują o ciążę, jednak mam nadzieję, że już w następnym tygodniu nie będę musiała na te pytania odpowiadać, bo już wieść dojdzie do wszystkich. Co do tego urlopu macierzyńskiego, to ogólnie w Polsce problem poronień, porodów martwych dzieci itd. jest nierozwiązany. Spotykamy się z totalnym brakiem świadomości, kobiety nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić, to naprawdę kpina.
      Bardzo Wam współczuję. Mam nadzieję, że uda Ci się dojść do siebie psychicznie, pozbierać to jakoś. Niestety, im późniejsza ciąża, tym trudniej. Życzę dużo siły i zdrowia.

  8. Oj jak dobrze cie rozumiem! Ja mialam to szczescie ze o mojej ciazy wiedzial tylko dyrektor poinformowany przez mojego meza bo pracujemy w jednej firmie. O tym ze juz w ciazy nie jestem tez maz go poinformowal i przy okazji dowiedzial sie ze niestety pan dyrektor tez ma za soba taka „przygode” i pozniej zdrowe dziecko co potwierdza statystyki ze jest nas sporo.
    No ale wracajac do tematu po powrocie ze szpitala bylam chyba ze 3 tygodnie na zwolnieniu ale z racji tego ze o ciazy nie wiedziano to je wyjasnialam co ciekawszym zabiegiem ginekologicznym i mialam swiety spokoj.
    W podobnym czasie co ja wrocila kolezanka ktora tez byla w ciazy i poronila tyle ze o jej ciazy wszyscy wiedzieli (wystarczy powiedziec 2-3 osoba reszta bardzo szybko tez wie mimo ze to ponad 100 osob). I potwornie jej wspolczulam bo obie bylysmy w takiej samej sytuacji tyle ze ja w o niebo lepszej. Ja nie slyszalam ze tego mi nie wolno robic i widziec zazenowania jak sie ktos dowiadywal ze jednak wolno. Nikt mnie nie karmil madrosciami ludowymi ze mloda jestem i jeszcze nie jedno dziecko moge miec. Nikt sie nie uzalal nade mna jak to biedna jestem i jak mi to wdpolczuja. Reakcje sa naprawde rozne i w zasadzie co jedna to gorsza. Chyba rzeczywiscie najlepsze jest krotkie „przykro mi” bo rozwodzenie sie nad tematem nikomu nie pomoze a dreczy obu rozmowcow.
    Choc czasem mozna uslyszec tak jak moj maz „wiem co czujesz” i pozytywny przyklad ze nastepna ciaza wcale nie musi skonczyc sie tak samo.
    A swoja droga jak to jest ze wiesc o ciazy w pracy roznosi sie z predkoscia swiatla a o jej stracie trzeba informowac kazdego z osobna osobiscie.

    • Może każdy chce to usłyszeć osobiście, bo najzwyczajniej w świecie ludzie lubią takie sensacje. Są po prostu ciekawi i zagadują. O ile ktoś ma w swobie trochę taktu, to nie porusza tematu, ale u mnie akurat są jednostki, którym zwykła informacja nie wystarcza, chcą wiedzieć więcej, znać szczegóły. To trochę nie na miejscu tak bez krępacji się komuś wpatrywać w brzuch, a jednak niektórzy to robią. Zobaczymy, co będzie w następnym tygodniu :-)

      • Mam nadzieje ze kolejne dni w pracy sa juz spokojniejsze i „opatrzylo sie” ludziom ze znow jestes w pracy. Ale niestety musisz sie liczyc, ze znajdzie sie jakas niedoinformowana ofiara ktora wyskoczy jak filip z konopi w najmniej oczekiwanym momencie. Pozdrowionka

        • A dziękuję, już trochę lepiej. Zdarzają się jeszcze niedoinformowane egzemplarze, ale już chyba w pełni nauczyłam się sobie z tym radzić. Głowa w górze i się nie przejmuję :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Facebook